Hej!
Tak, tak wiem... Dawno nie pisałam i jestem fatalną blogerką, ale proszę wybaczcie mi to niekompetentne zachowanie, bo ja też jestem człowiekiem i czasami mam lepsze okresy w życiu, a czasami mam doła i nic nie chce mi się robić, jedynie zakopać się w łóżku i nie wychlać nosa spoza kołdry.
Jestem dzisiaj tutaj, ponieważ chcę się z wami podzielić moją wspaniałą jazdą... :D Tak, może to nie jest jakiś tam fascynujący i pożyteczny temat, ale po to stworzyłam tego bloga, aby się do was wygadać i nie sprawiać by mojej mamie głowa pękała od natrętnego gadania o koniach ;)
Wczoraj napisałam do mojego trenera, aby przygotował mi do jazdy Goldi, gdyż od jakiegoś czasu nie wychodzi mi galop na Gaji, toteż chciałam poćwiczyć na klaczy, która bardzo płynnie przechodzi w ten chód.
Przyjechałam do stadniny około 15.00. Przywitałam się z 'szefem', coś tam porozmawialiśmy. Następnie wyczesałam Goldi i udałam się na ujeżdżalnie. Wycałowałam my horse(a), trochę pożartowałam i zaczęłam stępować konia. Później był klasyczny kłus, zmiany kierunku i wolty. I w końcu nadszedł ten oczekiwany moment, kiedy Hubert (instruktor) powiedział: "Teraz sobie hopniemy!" Nie trzeba było dwa razy powtarzać...Wybrałam wodzę, mocniej przytrzymałam łydkę i...Galop. :D O kurde, jak dobrze jest sobie pogalopować, po tak męczącym dniu. Wolność.!!! Zrobiłam kilka set metrów i wjechałam na środek, aby moja koleżanka, mogła spróbować swoich sił na Czesterze (ogólnie nie przepadam za tym koniem,nazywam go czołgiem , także ten...Ale ciiii xD). Tamta wyjechała na zewnętrzna i zrobiła trzy kółka i niestety koń przestał ją słuchać, toteż trener wziął konia w obroty i powiedział, żebym za niego wjechała i przeszła do galopu. Przejechaliśmy kilka kółek dosyć szybkiego galopu, gdyż mój wierzchowiec, za wszelka cenę, chciał dogonić czołowego. Hubert zjechał później koniem do środka, aby coś tam wytłumaczyć koleżance, a ja nie chciałam tracić czasu, więc bez żadnego słowa skróciłam wodze, dodałam łydkę i poczułam wiatr we włosach (może trochę nawet w oczach haahahaha). Byłam przeszczęśliwa...Od dawna tak nie galopowałam, a galop to najlepsze co może być w lekcji konnej. Z każdą sekundą galopu coraz bardziej zakochiwałam się w Goldi. Kiedy już uznałam, że dam jej chwilę odpocząć, mocno ją wygłaskałam z każdej strony i spojrzałam na zdziwionego trenera. Ha...tak powinna wyglądać każda jazda.
Potem jeszcze instruktor powiedział, że mogę 'hopnąć' w lewą stronę i będzie perfect. Jak dla mnie to kolejne otwarte drzwi do szczęścia, więc co prędzej usiadłam wygonie w siodle i pędziłam z wierzchowcem.
================================================================
Wiem, że ta notka nie jest ciekawa i trochę bez sensu, ale chciałam się z kim o tym podzielić, bo już od trzech tygodni galop mi ni wychodził. Hubert powiedział, że to Gaja galopowała na złą nogę i to przez to, ale ja i tak oznajmiłam, że wina leży częściowo po mojej stronie...(Ach, ta pokora- Nie no, mówiłam serio) :D
Tak, tak wiem... Dawno nie pisałam i jestem fatalną blogerką, ale proszę wybaczcie mi to niekompetentne zachowanie, bo ja też jestem człowiekiem i czasami mam lepsze okresy w życiu, a czasami mam doła i nic nie chce mi się robić, jedynie zakopać się w łóżku i nie wychlać nosa spoza kołdry.
Jestem dzisiaj tutaj, ponieważ chcę się z wami podzielić moją wspaniałą jazdą... :D Tak, może to nie jest jakiś tam fascynujący i pożyteczny temat, ale po to stworzyłam tego bloga, aby się do was wygadać i nie sprawiać by mojej mamie głowa pękała od natrętnego gadania o koniach ;)
Wczoraj napisałam do mojego trenera, aby przygotował mi do jazdy Goldi, gdyż od jakiegoś czasu nie wychodzi mi galop na Gaji, toteż chciałam poćwiczyć na klaczy, która bardzo płynnie przechodzi w ten chód.
Przyjechałam do stadniny około 15.00. Przywitałam się z 'szefem', coś tam porozmawialiśmy. Następnie wyczesałam Goldi i udałam się na ujeżdżalnie. Wycałowałam my horse(a), trochę pożartowałam i zaczęłam stępować konia. Później był klasyczny kłus, zmiany kierunku i wolty. I w końcu nadszedł ten oczekiwany moment, kiedy Hubert (instruktor) powiedział: "Teraz sobie hopniemy!" Nie trzeba było dwa razy powtarzać...Wybrałam wodzę, mocniej przytrzymałam łydkę i...Galop. :D O kurde, jak dobrze jest sobie pogalopować, po tak męczącym dniu. Wolność.!!! Zrobiłam kilka set metrów i wjechałam na środek, aby moja koleżanka, mogła spróbować swoich sił na Czesterze (ogólnie nie przepadam za tym koniem,nazywam go czołgiem , także ten...Ale ciiii xD). Tamta wyjechała na zewnętrzna i zrobiła trzy kółka i niestety koń przestał ją słuchać, toteż trener wziął konia w obroty i powiedział, żebym za niego wjechała i przeszła do galopu. Przejechaliśmy kilka kółek dosyć szybkiego galopu, gdyż mój wierzchowiec, za wszelka cenę, chciał dogonić czołowego. Hubert zjechał później koniem do środka, aby coś tam wytłumaczyć koleżance, a ja nie chciałam tracić czasu, więc bez żadnego słowa skróciłam wodze, dodałam łydkę i poczułam wiatr we włosach (może trochę nawet w oczach haahahaha). Byłam przeszczęśliwa...Od dawna tak nie galopowałam, a galop to najlepsze co może być w lekcji konnej. Z każdą sekundą galopu coraz bardziej zakochiwałam się w Goldi. Kiedy już uznałam, że dam jej chwilę odpocząć, mocno ją wygłaskałam z każdej strony i spojrzałam na zdziwionego trenera. Ha...tak powinna wyglądać każda jazda.
Potem jeszcze instruktor powiedział, że mogę 'hopnąć' w lewą stronę i będzie perfect. Jak dla mnie to kolejne otwarte drzwi do szczęścia, więc co prędzej usiadłam wygonie w siodle i pędziłam z wierzchowcem.
================================================================
Wiem, że ta notka nie jest ciekawa i trochę bez sensu, ale chciałam się z kim o tym podzielić, bo już od trzech tygodni galop mi ni wychodził. Hubert powiedział, że to Gaja galopowała na złą nogę i to przez to, ale ja i tak oznajmiłam, że wina leży częściowo po mojej stronie...(Ach, ta pokora- Nie no, mówiłam serio) :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz