poniedziałek, 3 lipca 2017

niedziela, 2 lipca 2017

Kopnął mnie koń!!!

   Po tytule zapewne domyślacie się czego będzie dotyczył dzisiejszy post. Jakieś cztery tygodnie temu Czester podarował mi "pieczątkę" swojego kopyta. Tak...Fajnie...No, także ten...
  Ogółem Czester to pupilek mojego trenera. Mówi do niego "Szkrapku", "Misiu", itp. i szczerze to przyznam się, że czasami się zastanawiam, czy aby na pewno mój instruktor ma po kolei w głowie...hahahaha.
Czester to bardzo, ale to bardzo, muskularny wałach, który jest czasami nieobliczany. (W sekrecie wam powiem, że czasem podczas czyszczenie, nawet sam instruktor nie może sobie z nim poradzić. Miota się na wszystkie strony, nie dając się dobrze wyczyścić. Dlatego też, tylko instruktorzy go czyszczą i nie pozwalają tego robić, żadnym jeźdźcom, przyjeżdżającym odbyć jazdę.)  Prawdę mówiąc nigdy nie przepadałam za wspomnianym wcześniej wałachem. Zawsze wydała mi się jako "Narcyz" (ten z mitologii, jak coś :)).Za każdym razem jak ktoś zmiękcza jego imię, oczy wychodzą mi do wierzchu ze zdziwienia. No dobra, może Czester ma jakieś swoje atuty i przykro mi bardzo,ale ja do niego nie czuję chemii. I naprawdę chciałabym to zmienić, ale nie mogę. Coś mi mówi, że to nie jest dobry pomysł. Po prostu czuję strach kiedy stoję kilka centymetrów od niego. Miałam na nim jedna jazdę i chyba jak na razie mi wystarczy. DO ODWOŁANIA.
Miałam mieć na nim kolejną jazdę, ale się nie zgodziłam i trener się śmiał, żę spękałam, no ale cóż. Nie ma chemii, nie ma udanej jazdy ;)
Dobra, dobra , troszeczkę się rozpisałam, ale teraz wróćmy do meritum sprawy.

Tak wiec przyjechałam w środę jak zwykle na umówioną jazdę. Miałam wyjątkowo dobry humor.
Razem z instruktorem poszłam na pastwisko, po Gaję i Czestera (Ogółem te dwa konie to wielka miłość... Ja nie wiem co ta Gaja w nim widzi... Moja Gaja...Cóż za zdrada...). Hubert wziął wałacha, a ja idąc z nimi, Gaję. W pewnym momencie Czester się zatrzymał i nie chciał pójść dalej. I tu się zaczyna oczekiwana akcja...(Teraz jak to piszę wydaje się to śmieszne, uśmiech nie schodzi mi z twarzy i w ogóle, ale tak wtedy nie było.Uwierzcie.) Hugo skręcił nim o 90 stopni w prawo. Ja nadal stałam koło Gaji i nagle usłyszanym głośny trzask (coś w rodzaju mocnego klaśnięcia ), a zarazem poczułam przeszywający ból tuż pod kolanem (zaledwie kilka, może nawet tylko trzy centymetry niżej ). Przed oczami przebiegło mi...nie życie, raczej noga. Przeraziłam się, że moja noga zakończyła swój żywot.
Mimo ogromnego bólu jaki czułam zrobiłam kilka kroków, aby sprawdzić, czy nie jest złamana. Na szczęście niebyła. Teraz trzeba było wykluczyć, czy nie jest pęknięta, ale nie wiedziałam jak to zrobić (tu akurat potrzebny jest lekarz). Spojrzałam w bok i zobaczyłam przy sobie trenera, który zaczął mi zadawać pytania, czy Czester mnie uderzył, gdzie wtedy stałam gdy do tego doszło, czy mnie boli i czy dam radę iść. Odpowiadałam na nie z lekką złością kierowaną do Huberta, bo to po części była jego wina. Przecież ja nie mam dużego doświadczenia z końmi i on powinien wszystko kontrolować i na pewno nie powinno w jego obecności dojść do tego co się stało. No, ale cóż, zdarza się. Po części była to też moja wina, bo stałam dość blisko zadu Czestera, co było bardzo złe i doskonale o tym widziałam i nawet chciałam się oddalić, ale Gaja za wszelką cenę chciała być jak najbliżej tyłka swojego "kochanka".
Kiedy dotarliśmy do stajni, Hubert nasmarował mi nogę maścią (To nie była zwykła maść...O nie, nie, proszę państwa. To była maść przeznaczona do kontuzji dla koni ! Hahaha !Zostałam potraktowana jako KOŃ. To akurat było fajne :)) Oczywiście Hugo musiał wszytko wygadać mojej mamie, która automatycznie zaczęła siać panikę. Zaczęłam ją uspokajać, ale tej odezwał się potrojony instynkt macierzyński i nie dawała sobie przegadać, że nic mi nie będzie i jakoś z tego wyjdę. Przecież mogłam chodzić, (co prawda utykałam i czułam ból z każdym krokiem, ale dało się przeżyć.)
Jak wiadomo, nie mogłam odpuścić sobie jazdy. Więc ubrałam Gaje i czekałam na ujeżdżalni na rozpoczęcie jazdy, czemu mama była przeciwna, ale nie słuchałam jej uwag na ten temat. Starałam się ją rozśmieszyć (bo mimo kopnięcia, nadal nie opuścił mnie wyborny humor ;)), jednak średnio mi się to udawało.
Kiedy trener podpinał popręg, okazało się, że Gaja dostała roi. Instruktor stwierdził, że to zapewne przez to moja noga dostała "wstrząsu" spowodowanego przez Czestera.
========================================================
No powiem wam, że tamtejszy dzień był dość ciekawy...tak...
W dodatku, zapomniałabym wspomnieć, że na ujeżdżalni była nie tylko Gaja, ale także Czester. Oczywiście Gaja, która miała "swoje dni", co po chwila próbowała nastawiać swój zadek do Czestera, co okropnie mnie wkurzało. Czasami myślałam, że przydałby mi się tabletki uspokajające, na przykład te co teraz reklamują- Positivum. (Nie, to nie jest reklama jak coś).
Bardzo też mnie wkurzyło jak Hubert zaczął rozpowiadać, to co mi się przytrafiło każdej po kolei amazonce. No dobra, może i byłabym niezłym eksponatem ostrzegającym, że lekka nieuwaga na pastwisku może skończyć się utratą nogi (hahaha), ale no bez kitu. Powiem wam, że jak się o tym dowiedziałam, to byłam nieźle wkurzona, ale do następnej jazdy mi nawet przeszło i dobrze, bo awantura rozpoczęta przez ze mnie nie obeszłaby się bez ofiar... (Z tymi ofiarami to żąrtowałam. Nie bierzcie sobie tego do serca, ale jednak jak ktoś z was mnie spotka to miejcie się na baczności. (hahaha))

Byłam z nogą u lekarza i okazało się , że mam lekko "nadpękniętą " kość piszczelową i krwiaka. No to, nie jest tak źle...prawda?...
Teraz już normalnie chodzę, mogę robić sobie normalne treningi i jedynie tylko boli mnie miejce gdzie mam krawiaka. Widać go nawet gołym okiem(jest to taki jakby guz) , co trochę pogarsza wygląd mojej zgrabnej nóżki (hahaha), ale ogółem jest ok.

Opisałam to całe zajście trochę na wesoło, tak o ćupinkę, bo przecież nie będę rozpaczać. Trochę późno to piszę, bo po miesiącu od wspomnianego wcześniej wydarzenia, ale dopiero zakończył się rok szkolny i musiałam powyciągać wszystkie oceny i nie miałam czasu na bloga. Teraz natomiast jadę na obóz konny do stadniny i pewnie znów nie będą pojawiać się nowe posty, ale no, jakoś przetrwacie beze mnie. Hahahaha
Miłych wakacji !