Cześć !
Podczas edytowania tej strony, nie wiedziałam jak ją nazwać. ( I oto wielki problem... )
Jeździectwo ...
Nie umiem wyrazić czym ono dla mnie jest...Sportem, pasją, miłością...Nie, jazda konna jest dla mnie czymś o wiele bardziej cenniejszym! Bez niej moje życie byłoby puste, bez sensu do dalszych działań-Właśnie, to jest mój sens życia.
Postanowiłam być szczera wobec was...Nie będę wam słodzić i bajerować jak to od dziecka miałam kontakt z koniem,a mój dziadek co tydzień zabierał mnie na przejażdżki konne, bo.. bo tak mnie było... Tutaj chcę się podzielić z wami kawałkiem swojego życia, prawdziwego życia, bez żadnego koloryzowania.
Moja przygoda z końmi zaczęła się kilka miesięcy temu-to nie jest długo, wiem. Tak na prawdę to moja starsza siostra chciała jeździć konno. Jeżeli chodzi o mnie to nie przywiązywałam większej do tego uwagi. Pewnie teraz pomyślcie, jaka to ze mnie miłośniczka koni jeśli od małego nie jeżdżę konno i nie brałam od najmłodszych lat czynnego udziału związanego z końmi, tak jak większość z was... Nie zabronię wam oceniania mnie po przeczytaniu tego posta. Szczerze to nie obchodzi mnie to, czy będziecie mnie hejtować i patrzeć na mnie z góry, czy może jednak mnie zrozumiecie i dalej ze mną będziecie aktywni na moim blogu. Dla mnie ważne jest to, że teraz znalazłam swój punkt odniesienia, którym jest KOŃ.
Sama jestem zdziwiona, że bez problemów na pierwszej jeździe podeszłam do konia, wyczesałam go i usiadłam, a potem jeździłam.(Oczywiście jeździłam, jak jeździłam. Rewelacji nie było...(śmiech).) Według mnie przestałam się bać koni, kiedy wyjechałam na wakacje do Krakowa. Przechadzając się po rynku i uliczkach miałam te zwierzęta na wyciągnięcie ręki, lecz muszę z smutkiem stwierdzić, że wtedy ich "nie zauważałam", nie widziałam ich atutów, nigdy się im nie przyglądałam wzrokiem takim jak teraz.
Dokładnie pamiętam swoją pierwszą lekcję jazdy konnej. Siedziałam na grzbiecie konia, który zwał się Pacyfik. Niestety tamta stadnina chyba nie była dla mnie, gdyż ciężko było nawiązać kontakt telefoniczny z właścicielami, a jak przyjeżdżaliśmy do stadniny to również nie było nikogo z pracodawców. Po tych nieudanych próbach i buszowaniu w internecie, aby znaleźć odpowiednią stadninę, wytropiliśmy właściwe miejsce. Na samym początku nie byłam przekonana, czy właśnie tu chce się uczyć i rozwijać swoją pasję. Był to akurat deszczowy dzień, a kiedy zobaczyłam harleyowców z zarośniętymi brodami to uwierzcie, że moje myśli nie błądziły o kwiatkach na łące. Jednak pierwsze spotkanie było dla mnie zmyłką i cieszę się, że nie wycofałam się tylko zapisałam się na pierwsze lekcje, gdyż była to bardzo dobra decyzja. Po każdej jeździe odliczałam dni i godziny do kolejnej lekcji.(Tylko dlatego przeżyłam okropne tygodnie w szkole, polegające tylko na sprawdzianach i kratówkach odbywających się codziennie. Znacie to uczucie?)
Pierwsze konie, które są tam przeznaczone dla początkujących to Karina i Goldi. Muszę przyznać, że ta pierwsza jest uparta jak osioł i nie jeden raz chciała kogoś "dziabnąć", pokazując kto tu rządzi. Druga jest kasztanowym koniem, który słucha uważnie swojego jeźdźca, a podczas jazdy czeka kiedy wreszcie instruktor każe jej wejść do galopu :)
Po kilku jazdach mój instruktor postanowił dać mi kredyt zaufania i posadził mnie na kruczoczarnej klaczy- Gaji. Już tylko na jej myśli wyskakuje mi banan na twarzy. Uwielbiam na niej jeździć. Pamiętam, że już na drugiej lekcji z nią, jak to ujął instruktor- "(..)Znalazłaś z nią kontakt. Widać to po jej oczach.)
Pomimo tego że czasem Gaja tupnęła mi nogą, teraz po długich próbach, wiem jak z nią postępować i czuję, że łapiemy coraz lepsze więzi, z czego jestem bardzo dumna.
Może już zakończę moją historię przedstawioną wam w skrócie, bo jeszcze się nie pouczyłam, a już jutro znów muszę iść do szkoły.
Taki jeszcze zamieściłam tu mały akcencik, nawiązując do moich przemyśleń:
" Dlaczego wolę konie od ludzi?
Koń mnie nigdy nie zrani..."

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz